• Wpisów:1
  • Średnio co: 278 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 18:35
  • Licznik odwiedzin:412 / 557 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Hej.
Mam na imię Milena. Mam XX lat. W środowisku anorektycznym siedzę od 13 roku życia.
W tym wieku próbowałam pierwszy raz zwracać jedzenie i głodówki. Trzynastoletnie dziecko przesypiające połowę dzieciństwa, by w depresji by nie myśleć o jedzeniu i beznadziei swojego istnienia. Dziewczynka, która całe dnie zwisała nad kiblem, by wreszcie się wyrzygać. Która jeszcze wtedy była zbyt słaba, by wytrwać. Jak dla mnie chore i przykre. Nieco też przerażające. Pogrążyłam się w swojej beznadziei obżerając się i śpiąc całe dnie.
Dojrzewanie mnie nie oszczędzało. Rozstępy na biodrach, udach i pośladkach. Z 50 kg przeszłam w ok. rok czy pół do 60 kg. Już byłam starsza. Już nie dziecko. Nastolatka. Sporadycznie chlastałam się po stopach i kostkach, by nikt nie zobaczył. Kradłam z domowej apteczki leki, czasem acodin i ćpałam. Bolała mnie wtedy głowa a ja robiłam się senna. Mogłam spać. Znów. Sen to najprzyjemniejsza rzecz w depresji. Wystarczyło, że zamknęłam oczy i już nie było mnie w ponurej rzeczywistości. Uciekałam.
Wstawałam rano, brałam witaminy, szłam do szkoły, gdzie byłam przez koleżanki raczona słodyczami, wracałam do domu, jadłam obiad i brałam jakieś jogurty, po czym szłam do swojego pokoju, gdzie jadłam ów jogurt a potem spałam lub czytałam. Po ok. 2h szłam znów do lodówki, najczęściej robiłam sobie ciasto w mikrofali i znów do pokoju. Potem sen lub książka. Na wieczór znów szłam do kuchni i wracałam z żarciem. Potem znów spałam lub czytałam (czasem do rana). W nocy znów czasem schodziłam, by coś zjeść. Zajadałam smutki. Aktywność fizyczna w moim przypadku to był jedynie wf. Nie wychodziłam z domu, no chyba, że do biblioteki (do dziś to jest moje ulubione miejsce, wszystkie bibliotekarki znają mnie i mój gust książkowy). Czasem się kłóciłam się z mamą. Byłam w stanie nie wychodzić wtedy z pokoju i kompletnie nic nie jeść przez dwa dni. Mój metabolizm był (i nadal jest) ruiną.
Aż nadszedł pamiętny dzień. 27 listopada 2014 roku calkowicie opróżniłam apteczkę, z wszystkiego. Łącznie 32 tabletki. Chyba miałam dość. Wpi***ałałam wszystkie w łazience, ale przy trzydziestej coś się zepsuło. Ryczałam, i zastanawiałam się dlaczego? Czy nie ma już dla mnie nadziei? Spłukałam dwie pozostałe. Rycząc, wpychałam sobie palce do gardła. Nic to nie dało. Bałam się. Obiecałam sobie, że kiedy poczuję efekty, to będę błagać matkę, żebyśmy pojechały do szpitala na płukanie żołądka. Ale ja, cienias, jak to łatwo się przywidzieć, usnęłam. Obudziłam się 3 godziny później. Naćpana, półprzytomna, ale żywa. Euforii nie było końca. Najgorsze minęło.
Tak naprawdę, abym umarła wystarczyło by, żebym wcześniej nie ćpała i abym zapiła to wszystko alkoholem. Teraz żałuję, że wtedy nie zdechłam. Ale wówczas się cieszyłam z życia. Przynajmniej przez miesiąc. Potem miałam coś podobnego w objawach do zespołu afektywnego dwubiegunowego. Próbowałam być fit i każda inna, ale byłam gównem i nie umiałam wytrzymać.
Realizować się w temacie pro-ana już na poważnie zaczęłam ok. rok czy pół później. Jadłam mniej niż 1000 cal dziennie. Chudłam. Chudłam, aż nie zaczęłam krwawić z nosa. Przestraszyłam się. Rzuciłam Anę. Przytyłam do 64 kg.
Po tym wszystkim, spojrzałam w lustro. Widziałam potwora. Niszczę wszystkich. Nie raz doprowadziłam bliskie mi osoby do łez. A co było w tym najgorsze? To, że gdzieś głęboko we mnie cieszyłam się, że nie cierpię sama. Nienawidzę się za to. Za to, jaka jestem destrukcyjna, że niszczę innych. Nie rozumiem co się dzieje we mnie. Czuję się tak cholernie zaburzona, niszczę wszystkich. Nie umiem się złamać, W pewnym momencie coś we mnie się blokuje i nie umiem tego zmienić. W końcu się przełamałam. Uznałam, że czas się zabić. Ale nie przeciętnie. Jak zdychać, to z rozmachem, prawda?
Anoreksja zabija. Głupie motylki myślą, że to ich nie dotyczy. Uwierzcie, na niskich bilansach to dzieje się samo, nie trzeba do tego waszej pomocy.
Nienawidzę swojego charakteru. Chciałam umrzeć, ale powoli. Widzieć, jak osoba, której nienawidzę najbardziej na świecie zdycha, jak wypadają jej wszystkie włosy i ma szarą cerę. Chciałam wreszcie wyglądać tak, jak się czuję. Jak gówno.
Chcę umrzeć z głodu.
Odstawienie jedzenia to nic trudnego. Kochana dieta ABC zawsze służyła mi pomocą. Z wagi 64 kg schudłam do 54 kg. Całe dziesięć kilo. Mierzę 175 cm, więcu mnie to już jest lekka niedowaga.
Anoreksja, motyki, pro-Ana. Nigdy nie zrozumiem, jak ktoś może się w to pchać, ,,by schudnąć’’. Nigdy. Anoreksja to najłatwiejszy sposób na śmierć, a niektóre dziewczyny widzą to jako ,,Nie będę jeść przez jakiś czas, schudnę a potem znów zacznę jeść’’. NIGDY tak nie jest. Przenigdy.
Raz, z ciekawości wpisałam w google ,,Anoreksja’’. Jak wyglądały zakończenia> ,,...jest piękna’’, ,,...jest fajna’’, ,,...jest dobra’’.
I jak tu się dziwić, że tyle osób na to umiera?

Moje cele:
I- 45 kg
II- jak najmniej
III-śmierć

To chyba na tyle, liczę na ciepłe przyjęcie.
Trochę ,,bardzo’’ się rozpisałam :|